niedziela, 21 września 2014

ROZDZIAŁ 27

Obiecany rozdział- z dedykacją dla Was wszystkich, co zostałyście ze mną. Jeszcze raz przepraszam- i dziękuję.
Aaaa- wprawdzie w zamierzchłych czasach, ale pewne cudowne czytelniczki prosiły mnie, bym zaprosiła Was do Hogwartu! Nie tylko dramione (chociaż także, rzecz jasna) ale dużo, dużo więcej!!!!

http://projekt-hogwart.blogspot.com

Zapraszam!!
I pozdrowienia z Zurychu! !

ROZDZIAŁ 27

Następnych parę dni minęło bez większych niespodzianek, jeśli nie liczyć faktu, iż Hermiona ze zdumieniem stwierdziła, że Narcyza Malfoy nagrodziła jej wypracowanie o Mutatoipsumach najwyższą oceną, co znowu biorąc pod uwagę fakt konieczności bycia obiektywnym nie budziło aż takiego zdumienia. Przyjaciele równiueż tak uważali, wszak praca Hermiony jak zwykle była perfekcyjna pod każdym względem. O dziwo, zgodził się z tym też Draco Malfoy.
- Patrzysz na to, jakbyś co najmniej widziała tam autograf Merlina, nie mojej matki- prychnął, zauważywszy iż po lekcji wciąż niedowierzając Hermiona wpatrzuje się w czerwone W opatrzone eleganckim podpisem nauczycielki.
- Albo zmądrzałaś i zaczęłaś traktować należycie lepszych od siebie... Autograf kogoś takiego jak członek mojej rodziny musi być dla ciebie...
- Spadaj, Malfoy. Obiecałeś mi coś niedawno...- mruknęła, nie zaszczycając go spojrzeniem.
Nie dawał za wygraną.
- Przestań. Tylko tak żartuję- wzruszył ramionami i nim Hermiona zdążyła się zorientować, wyrwał jej pracę z rąk i pospiesznie przejechał wzrokiem po zapisanym starannym pismem pergaminie.
- Jak zwykle bezbłędnie- prychnął. - Wnikliwa analiza, dokładny opis, dogłębne rozważania...- uniósł wzrok. - Dziwisz się, że dostałaś maxa? Coś takiego nadaje się do cholernej encyklopedii, a nie na zwykłą pracę do szkoły!
Hermiona uniosła brwi.
- Czy ty powiedziałeś mi komplement?
Prychnął.
- Chyba śnisz! Po prostu stwierdziłem fakt! Tak samo, jak ty nie powiedziałabyś mi żadnego komplementu, twierdząc, że jestem nieziemsko przystojny!
Zaśmiała się drwiąco.
- Twoje niedoczekanie, Malfoy!
Wzruszył ramionami.
- No tak, skądś wiedziałem, że nigdy tego nie przyznasz.... Cholerna, duma Gryfonów...
Cóż, w każdym razie- obdarzył wypracowanie jeszcze jednym spojrzeniem, po czym oddał je Hermionie- Nie dziw się ocenie. Moja matka niemiała wyboru. Jak sama kiedyś mi powiedziałaś, dyrektorem Hogwartu jest w dalszym ciągu Dumbledore. Jak on decyduje, by trzymać takich jak ty- w tym określeniu czuć było niemal pogardę, jaką darzył mugolaków- To ona nic na to nie poradzi i musi traktować cię na równi....
Zaśmiała się drwiąco.
- Świetnie jej to wychodzi! Szczególnie. ..
Draco poczuł irytację. Jakim prawem ktoś taki jak ona krytykował jego rodzinę!
- Uważaj sobie, szla...Granger!- warknął. - Dobrze ci radzę- miej się na baczności, bo możesz...
- Draco! - rozległ się nagle nosowy głos, a zaraz potem w korytarzy pojawiła się Pansy Parkinson.
Na widok tego, z kim rozmawia jej wybranek serca aż otworzyła buzięze zdumienia. Szybko jednak się opanowała, zdziwienie na jej twarzy zastąpił wyraz obrzydzenia. Podparła się pod boki i obdarzyła Hermionę pogardliwym spojrzeniem.
- Czego od niego chcesz, nędzna szlamo? Myślisz, że twoje mugolskie miliony czynią cię czymś więcej od śmiecia? Jesteś nikim i nie powinnaś w ogóle rozmawiać z lepszymi.
Dracusiu, dlaczego TO COŚ marnuje twój czas?! Chodź ze mną, najdroższy!!
  Hermiona westchnęła. Wiedziała, że przy swoich znajomych Ślizgon nie będzie bawił się w bycie dla niej miłym. Zaraz znowu zaczną się wyzwiska, jedno okrutniejsze od drugiego. Będą na nią oboje patrzeć jak na coś obrzydliwego i drwić ze wszystkiego, co jej dotyczy. Nie, żeby jej to przeszkadzało. Przywyķła już do takiego stanu rzeczy. Jednak nie należał on do najprzyjemniejszych.
Jakież było jej zdziwienie, gdy Malfoy spojrzał tylko na nią, potem przeniósł wzrok na swą fankę.
- Za chwilę do ciebie przyjdę, Pansy- mruknął. - Tylko skończymy.
Mopsica wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
- Ale Dracusiu! Przecież to tylko szlama i....
- Merlinie, kobieto!!- jęknął zrozpaczony. - Doskonale wiem kim ona jest! Powiedziałem ci przecież, że za chwilę przyjdę! Nie rozumiesz?! Idź, ja dojdę!
  Pansy zamrugała i zrobiła smutną minkę, nie kryła jednak zdumienia. Coś jednak podpowiadało jej, że lepiej się słuchać. A raczej zawsze słuchała się Malfoya. Przecież pasowali do siebie idealnie!! Posłała więc ostatnie pogardliwe spojrzenie w kierunku Hermiony i ostatni trzepot rzęs w kierunku Dracona, po czym oddaliła się. Gdy tylko zniknęła, Malfoy chciał odetchnąć z ulgą, w ostatniej chwili jednak się powstrzymał. Ta głupiutka pannica działała mu na nerwy. Och, ile razy był bliski zrobienia jej trwałej krzywdy, a biorąc pod uwagę jej zachowanie- pewien był, że każdy sąd by go uniewinił!
Nie mógł, a raczej nie chciał przyznać tego jednak przed Hermioną, która teraz przypatrywała mu się ciekawie.
- Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że powstrzymasz się od złośliwości względem mnie- odezwała się w końcu. - Jestem pod wrażeniem!
    Draco przybrał maskę obojętności.
- Przecież obiecałem- warknął niezbyt miło- Jednak nie wyobrażaj sobie niewiadomo czego. To, że ci nie dokuczam nie znaczy, że zmieniłem o tobie zdanie. Wciąż jesteś....
 Hermiona westchnęła zrezygnowana. To by było na tyle "mało wrednego Ślizgona".
-Darujmy sobie więc może- powiedziała w końcu. - Masz rację, nic się nie zmieniło. A ti tylko nikomu niepotrzebna, patetyczna szopka. Oszukujemy siebie nawzajem i bierzemy udział w wyreżyserowanej grze, nic więcej. ...
- Mowy niema!- syknął Draco. - Malfoyowie dotrzymują obietnic! - mimowolnie spojrzał w kierunku korytarza, w którym zniknęła Pansy.
- Jak chcesz- wzruszyła ramionami Hermiona. Nie dała tego o sobie poznać, ale zaimponował jej. - Może już powinieneś do niej iść? Na pewno czeka- zasugerowała.
  Skrzywił się, wyraźnie niezadowolony.
- Ty przynajmniej korzystasz z mózgu- wyrwało mu się, nim zdążył się powstrzymać.
Cholera! Miał nie zdradzać przed Granger swojej niechęci! Przeklęta Pansy! Teraz już nie ma odwrotu!
 Odnotował, że Hermiona patrzy na niego zdumiona.
-Nie gap się tak, Granger- warknął. - To nic nowego, że jesteś cholernie inteligentnym gryfiątkiem, a Parkinson ma poziom IQ odwrotnie proporcjonalny do ilości nałożonej tapety! Kolejny niezaprzeczalny fakt!
   Jak to było możliwe, że nawet miłe rzeczy w ustach Draco Malfoya brzmiały jak obelgi? Tego Hermiona nie wiedziała i wprawiało ją to w konfuzję. Jednak coś jeszcze nie dawało jej spokoju. Przeklęta, gryfońska uczciwość i poczucie "bycia fair", a także konieczność przypominania o tym obowiązku innym.
- Parkinson za tobą szaleje- odezwała się oburzona. - A ty jesteś za jej plecami okrutny! Narzekasz na nią nawet mi , mimo że wiesz, że ona mnie nienawidzi!
-Parkinson nie szaleje za mną, tylko za moją pozycją. I kasą. Na niczym innym jej nie zależy....- wyjaśnił, zły, że ten temat wyszedł.
- Nieprawda- nie ustępowała Hermiona. - Gdyby zależało jej tylko na kasie, przymilałaby się każdemu bogatemu dzieciakowi z tej szkoły- urwała na chwilę. -Również mi...
- Tobie?! Ona w życiu nie zniżyłaby się do tego! - prychnął. A potem- aż sam się sobie dziwił- uznał, że to, co powiedział mogło być trochę nieprzyjemne. Rzeczywiście, twarz Hermiony lekko zarumieniła się z przykrości.
- Daj spojój Granger, Parkinson to snobka- powiedział, sam nie wiedząc czemu- Dba tylko o swój żałosny wizerunek- uśmiechnął się szelmowsko- Taki ja, tylko w o wiele większej dawce!
Nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Hmm, czasem- jak zachowujesz do siebie względny dystans- jesteś całkiem w porządku, wiesz? - powiedziała w końcu.
A Draco poczuł dziwne szczęście, które nagle- niewiedzieć czemu- wypełniło jego serce.
- Nie podlizuj się- warknął w odpowiedzi, jednak jego głos był dziwnie spokojny.
- Wracaj może więc do swojej Pansy... Dracusiu! - kontynuowała Hermiona.
Na dźwięk znienawidzonego zdrobnienia, Malfoy zadziałał instynktownie. Sam
niewiedział czemu, chwycił Hermionę za ręce i przyciągnął do siebie. Nie był to chwyt zbyt mocny; dość że Gryfonkę zdumiała naturalność, z jaką to zrobił. Przecież jeszcze niedawno za nic w świecie by jej nie dotknął, twierdząc, że jest brudna, że się brzydzi, że będzie musiał się umyć... Teraz jednak jakby to nie istniało.
Draco trzymał ją przy sobie i wpatrywał się w nią dziwnym wzrokiem.
- Jeszcze raz tak mnie nazwiesz, to pożałujesz! - oświadczył w końcu.
Hermiona zaniosła się śmiechem.
-Bardzo się boję, wiesz? - oświadczyła ironicznie, po czym przeniosła wzrok na dłonie chłopaka. - Malfoy? Puścisz mnie w końcu?
  Ślizgon jak oparzony natychmiast rozluźnił uścisk, wciąż nie spuszczając z Hermiony wzroku.
- Ostrzegałem, Granger- mruknął, ale w jego głosie wyczuwało się figlarną beztroskę.
Hermiona więc uśmiechnęła się niewinnie i wzruszyła ramionami.
- Dobrze. Jak sobie życzysz. Dracusiu- oświadczyła niewinnie.
  A Draco, po raz pierwszy uważając, by nie użyć zbyt dużo siły, trzepnął ją lekko w ramię i udając obrazę majestatu oddalił się pospiesznie, w myślach złorzecząc Pansy Parkinson, że musi tak bardzo różnić się od Gryfonki. Której z resztą w dalszym ciągu nienawidził.

****

Hermiona po raz dziesiąty w ciągu godziny przeczytała strony podręcznika poświęcone Mutatioipsumom, desperacko doszukując się w każdym wyrazie, kropce i przecinku chociażby najmniejszych różnic z sytuacją obecną w jej życiu.
W dalszym ciągu darzyła Violet niekłamaną sympatią, co znowu nie byłoby takie dziwne, gdyby jej obawy były prawdziwe. Czysto hipotetycznie, rzecz jasna.
- Doprawdy, Panno Granger- przecież zakończyliśmy już ten temat. Twoja praca wskazuje, że wiesz już na temat Mutatioipsumów wszystko... czegóż więc szukasz? Nie lepiej poświęcić energię innym tematom? - zaskoczył ją aksamitny głos, a Hermiona na jedną nanosekundę zamarła.
Narcyza Malgoy była ostatnią osobą, której zwierzyłaby się ze swoich obaw. Już wolałaby  przyjść z nimi do Snapea! Było dla niej też czymś niespodziewantm, że nauczycielka ją zagadnęła. Coś było niewporządku- lepiej było mieć się na baczności
- To nic takiego, pani profesor. Po prostu chciałam coś jeszcze sprawdzić. Spodobał mi się ten temat- odezwała się pospiesznie, zamykając książkę i starając się, by jej głos brzmiał spokojnie.
Narcyza uniosła brwi.
- Czyżby? I jesteś pewna, że to tylko dlatego, że temat ci się "spodobał"?- zapytała ostro.
Hermiona przez chwilę poczuła, że kręci jej się w głowie. Było jasne,  że Narcyza coś podejrzewa. Dlaczego, Merlinie- dlaczego?!
- Tak. Oczywiście,  pani profesor- powiedziała w końcu pewnie, przekonana, że nauczycielka słyszy walenie jej serca.
Przez chwilę pani Malfoy nic nie mówiła, a potem wolno skinęła głową.
- Dobrze. Skoro tak twierdzisz. A teraz idź do dormitorium. Za pięć minut cisza nocna. W przeciwnym wypadku Gryffindor straci punkty- nakazała.
 A potem odprowadzała Gryfonkę wzrokiem, myśląc intensywnie.
Było jasne, że szlama coś ukrywa. Nie łudziła się też, że zwierzy jej się ze swych obaw. Najprawdopodobniej będzie węszyć w pojedynkę lub wraz ze swoimi nieodłącznymi przyjaciółmi.
Problem w tym, że tutaj zaczynały się już poważne sprawy, realne niebezpieczeńatwa, zagrażające większej ilości osób.
Westchnęła,  starając się niemyśleć o konsekwencjach, jakie ona sama i inni mogli ponieść.
A pierwsze czarne chmury tego roku zbierały się nad Hogwartem w jednej chwili zmieniając świetliste, rozgwierzdżone niebo w nieprzychylną, złowrogą przestrzeń.
Świst wiatru zmieszał się zaś z niskim dźwiękiem starego zegara wybijającym godzinę dziesiątą i wypełnił swym brzmieniem każdy zakątek zamku.



sobota, 20 września 2014

ROK

Tak, Kochane- niedawno minął rok, odkąd prowadzę tego bloga.
Ale fajerwerków nie będzie.
Wiem, że Was zawiodłam. Nie odpisywałam na komentarze, nie brałam udziału w Liebster Awards, nie spełniałam Waszych próśb i oczekiwań, za dużo uwagi poświęcałam miniaturce, nie przykładałam się do rozdziałów, przez co myślę, że potraciłam czytelniczki.
Przepraszam.
Dajcie mi jeszcze jedną szansę, a postaram się zmienić.
Jednocześnie ogromnie Wam dziękuję,  że jesteście ze mną. Bez Was niebyłoby bloga.
To rocznica nas wszystkich...

Nowy rozdział już prawie gotowy. Wiem, że miał być wcześniej. Trochę się skomplikowało.

Tymczasem ciche sto lat, sto lat.
I mamy kolejne beznadziejne urodziny ...

Na zawsze Wasza

mildredred camel

czwartek, 4 września 2014

Urodzinowo...

Cześć.
No i nastał w końcu ten dzień, kiedy w metryczce mildredred przybyła jedna cyferka. Metryczka już zakurzona i powoli zaczyna przypominać metryczkę dinozaura. Czy wypada mi pisać jeszcze dramione? Nie wiem. Nawet jak nie, to trudno. W końcu zawsze byłam dziwna. Teraz więc siedzę sobie sama jak palec 200 km od domu i udaję, że się uczę. Ale dziś jak nie mam towarzystwa, to chociaż wolne mogę sobie zrobić, prawda?
Mam dla Was coś dziwnego. Wiem, to nie rozdział, ani nawet nie miniaturka. Wolna wariacja. Czytałyście Carrie? A może oglądałyście?
To już wiecie, skąd pomysł. Za wiele dramione nie ma, ale jest za to zupełnie inny przebieg spotkania w Malfoy Manor, znanego z siódmej części HP.
Tak więc macie tutaj to, co macie- niecnie wykorzystując fakt, iż ten jeden, jedyny raz w roku mogę dodać notkę pod swój schizowy umysł i weźmiecie na to poprawkę, prawda?

Wasze zdrowie i zdrowie moje! Enjoy!


„Wszyscy z wyjątkiem szlamy!” zaskrzeczała Bellatrix.
            Usłyszałam wrzask Ronalda. To było takie słodkie… Nie łudziłam się jednak, że protest coś wskóra.
„Myśl, myśl”- powtarzałam sobie w głowie. Denerwowałam się, przyznaje. Teraz już ujawnienie mojej tajemnicy było nieuniknione.
Poczułam rozchodzące się po ciele gorąco, a następnie minimalnie drgający pod moimi stopami miękki dywan. Oho- zaczyna się...
- Skąd to masz, szlamo!?- zaczęła Bellatrx. Celując wie mnie różdżkę.
- Z…znaleźliśmy… - odpowiedziałam niepewnie, wiedząc że na nic się to niezda.
Kątem oka zauważyłam troje Malfoyów, przypatrujących się scenie z obojętnością.
Och, sam ich widok działał mi na nerwy. Podli, zarozumiali, egocentryczni.
„Opanuj się, nie wolno ci ukazywać uczuć…” powtarzałam sobie jak mantrę.
„SKĄD TO MACIE?! NIE KŁAM!!!!” – wydarła się Bella.
Spojrzałam na nią nienawistnie. Och, jak ja wtedy nienawidziłam jej i wszystkich mnie otaczających. To było aż niewiarygodne…
- CRUCIO! – usłyszałam wrzask Bellatrix.
            Agonia. Ogień. Krew, dużo krwi. Ból, tak straszny, przerażający… Przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje. To było nieopisane, to było… Nie, nie mogłam znaleźć słów by to ująć.
- PRZESTAŃ!!!- ryknęłam
Bellatrix odrzuciło przez całą szerokość komnaty- wystarczył jeden lekki ruch ręki.
Wtedy po raz pierwszy wpadłam w furię.
Kątem oka widziałam, jak obrazy z hukiem spadają ze ścian. Bellatrix zaczęła się podnosić spod ściany- nie pozwoliłam jej na to- stojąca obok zbroja przewróciła się na nią. Widziałam jak sztylet wbija się w jej skórę- a gdy pył opadł zauważyłam, że kobieta ma zamknięte oczy i leży porzucona niczym szmaciana lalka- jednak prawdopodobnie żyła, straciła tylko przytomność.
To wszystko działo się w ułamki sekund.
- NIGDY WIĘCEJ NIKT MA MNIE TAK NIE NAZYWAĆ!  - wrzasnęłam. Skończyłam już z Bellatrix- teraz przyszła kolej na Malfoyów.
Obrazy i rozmaite przedmioty śmigały po pomieszczeniu, a ja obróciłam się wściekle do trójki arystokratów.
Teraz już było za późno na odwrót. I tak wszyscy dowiedzieli się o moich telekinetycznych zdolnościach.
- CZEMU WAM TAK ZAEŻY NA TYM SZTYLECIE?- warknęłam.
- CRUCIO! – dobiegł mnie głos Lucjusza.
W tej chwili jednak byłam doprowadzona do takiej furii, że szczerze dziwiłam się, że Malfoy Manor jeszcze stoi. Jednym ruchem rąk zawróciłam zaklęcie- zatrzymałam jego bieg dosłownie kilka milimetrów przed zaskoczonym Lucjuszem i zmieniłam bieg płomienia tak, że z hukiem rozbił się o ścianę pozostawiając na niej widoczny ślad przypalenia
            Arystokraci byli w szoku. Wodzili przerażonym wzrokiem po pomieszczeniu i po mojej osobie.
A ja już siebie nie poznawałam. Brzydziłam się siebie. Ale to była wojna, a wojna wymaga poświęceń. Na wojnie nie ma miejsca na zbyt duże sentymenty. I trzeba korzystać ze wszelkich stworzonych okazji- tym bardziej, że walczyliśmy w słusznej sprawie. Że jak Harry wygra, nawet Malfoyom będzie lepiej. Powtórzyłam więc pytanie.

            Zero odpowiedzi. Poczułam że ogarnia mnie nowa fala wściekłości, a jeden płonący kawałek drewna wyleciał z ogniska. Niedbale poprowadziłam go tak, by zajął obraz, który wyglądał na niewiarygodnie kosztowny- z resztą tak jak wszystko.
- PYTAM O COŚ!!! – wrzasnęłam, wyciągając rękę, a Dracon jakby przywiązany do moich palców wleciał w górę.
W całym pomieszczeniu rozległ się jego wrzask, który zlał się po chwili z krzykiem Narcyzy.
- Nie, błagam, nie! Tylko nie Draco!- załkała kobieta, padając na kolana.
Zdałam sobie sprawę, że patrzy na mnie z lękiem- zarówno ona, jak i znienawidzony Ślizgon, który zastygł w bezruchu, jakby obawiając się, iż jakiekolwiek jego drgnięcie może skłonić mnie do zabicia go. Po raz pierwszy odkąd pamiętałam w oczach patrzących na mnie osób krył się paniczny strach, który spowodowany był moją osobą.
- Jestem pewna, że ona nie robiłaby sobie nic z moich błagań- warknęłam niezbyt przychylnie.
            Narcyza zapłakała znowu.
- Och, proszę cię dziecko… - zaczęła.
- Już nie „szlamo”? – przerwałam kpiąco.
            Przyznam, nienawidziłam siebie w tej chwili. Wychowano mnie inaczej. Ale autentycznie czułam wściekłość i gniew, a to oni doprowadzili mnie do tego stanu. Wiedziałam, że gdyby role się nie odwróciły, gdybym nie ujawniła swoich telekinetycznych zdolności, swego przekleństwa- Bellatrix i Malfoyowie nie mieliby dla mnie litości.
Ale ja byłam inna. Pomimo swej nienawiści, nie zamierzałam ich zabijać. Ale musiałam wyciągnąć od nich informacje.
- Różdżka! – warknęłam, zaciskając lekko palce. Draco jęknął.
Narcyza jak na zawołanie wyciągnęła z kieszeni bogatej szaty swoją różdżkę i wyciągnęła rękę w moim kierunku.
Wciąż trzymając ręką w górze Ślizgona, podeszłam do niej i odebrałam magiczny artefkt, potem wyciągnęłam rękę w kierunku Lucjusza.
Ten również bez słowa oddał mi swoją różdżkę.
- Ty też- zawołałam do Draco.
Zacisnął usta w wąską kreskę więc uniosłam go wyżej.
- Daj mi swoją różdżkę, Draco Malfoyu- powiedziałam sztucznie spokojnym głosem.
Zobaczyłam jak drżąc na całym ciele wolno skierował rękę do kieszeni.
- Rzuć- poleciłam i już po chwili złapałam w locie różdżkę ostatniego z Malfoyów.
 Oddychałam głęboko, czując jak złość powoli ze mnie uchodzi a ja zaczynam mieć wszystko pod kontrolą- zdecydowanie dobry znak, gdybym w furii podpaliła pomieszcznie, zapewne byłoby wiele ofiar, a ja miałabym na sumieniu nie tylko zdemolowanie salonu mojego szkolnego znajomego i wystraszeni jego rodziny, ale i pozbawienie domu, a kto wie- może i uczynienie go sierotą lub pozbawienie życia ciotki- z tymże o ile dla Narcyzy, ba- nawet dla Draco czy Lucjusza potrafiłam odnaleźć sobie ksztę współczucia- chociaż wszystkich troje nienawidziłam nienawiścią czystą- tak Bellatrix z całego serca życzyłam tego, co najgorsze.,
            Bellatrix… Za dużo mugolskich filmów widziałam w dzieciństwie, w których z początku pokonana postać odzyskuje nagle przytomność i pokonuje nic nie spodziewającego się atakującego, by tak łatwo o niej zapomnieć.
Dla przezorności więc podeszłam i zabrałam z jej ręki różdżkę, po czym zwróciłam się do Narcyzy i Lucjusza.
- Dlaczego tak wam zależy na sztylecie? – mój głos był tak przeraźliwie spokojny, że aż sama siebie się przestraszyłam.
            Narcyza wciąż wpatrywała się w Draco szlochając, do tego stopnia, że Lucjusz odważył się objąć ją lekko.
Westchnęłam. Wiele złego można było powiedzieć o arystokratce- ale matką była idealną. Dracon Malfoy chyba do końca nie zdawał sobie sprawy, jaki skarb posiada.
- Nic mu nie będzie- oświadczyłam stanowczo. – Jak tylko powiecie mi to, czego oczekuję.
            Och, oczywiście skłamałam. Nie umiałabym ich zabić, nawet jakby milczeli jak grób.
Ale wtedy zmuszona bym była do użycia Imperiusa- jednego z  zaklęć niewybaczalnych-  tego bym nie chciała.
- Nie wiemy, dziecko- rozległ się cichy głos Narcyzy. – Czarny Pan nie powiedział nic, nic…! Kazał pilnować, bardziej niż swojego życia! Zabije nas! Och, zabije nas jak…
- Nie obchodzi mnie to! – warknęłam.
Tak naprawdę ponownie po części skłamałam- owszem, nie obchodził mnie los Bellatrix, ale Draco czy jego rodzice… Wiedziałam, że są przeciwko Zakonowi, ale w oczach Ślizgona zawsze dostrzegałam to, co automatycznie przekreślało go z listy „złych do cna”- zagubienie i strach.
A teraz to samo zagubienie tak widoczne było w oczach Narcyzy.
I było tam jeszcze coś… Zawsze byłam doskonale wyczulona na to, czy ktoś blefuje. I tym razem nie dostrzegłam kszty błysku niepewności w oczach żadnego z Malfoyów- jedynie nutkę strachu, wynikającą zapewne z przekonania, że mogę w ich opowieść nie uwierzyć.
Skinęłam powoli głową i wyciągnęłam różdżkę- nieważne, jakie przeczucie miałam, byłabym lekkomyślna, gdybym w takiej chwili zdała się tylko na intuicję.
- Nie ważcie się mnie blokować- zlecam, patrząc wymownie na Draco, po czym sprawnie wślizguję się do ich umysłów.
To co widzę jest okropne…
Szukam tego jednego, jedynego wspomnienia. Zamiast tego widzę całą masę innych obrazów.
Torturowanie ludzi. Wrzaski, krzyki, łzy.
Voldemort w Malfoy Mannor i przerażone spojrzenia Narcyzy i Lucjusza, którzy we własnym domu czują się jak w więzieniu.
Rzeczywiście- zleca Bellatrix pilnować miecza- Narcyza stoi z boku.
Voldemort opisuje, co stanie się z całą rodziną, jak Bellatrix zawiedzie…
Bellatrix,… Skoro tak ją zdenerwował fakt, że mogliśmy być u niej w skarbcu znaczy to, że…
Bingo! Domyśliłam się, gdzie jest kolejny horkruks.
Z tej wielkiej radości już chciałam wyjść z umysłów Malfoyów, ale wtedy..

Nie, Bella! Nie on!- łkała Narcyza.
Bellatrx nic nie robiła sobie z błagań siostry. Stała nad wrzeszczącym Draconem i nasiliła czerwony płomień. Rozległ się wrzask Ślizgona- Narcyza też wrzasnęła, na co Bellatrix skierowała różdżkę na nią. Z nikąd pojawiły się czarne liny i natychmiast oplotły ciało blondynki.
- Zamknij się! – zaskrzeczała. – Zamknij się, Narcyzo! Czarny Pan…
- Jego tu nie ma! A my przecież…- dyszała Narcyza .
Bellatrix zawyła.
- JAK ŚMIESZ!?- zawołała. – CRUCIO!! CRUCIO!!!

            To mi wystarczyło. Błyskawicznie wyślizgnęłam się z umysłów arystokratów- patrzyli na mnie przerażeni, a na ich twarzach malowała się rezygnacja. Wiedziałam jedno- pomimo więzów krwi, także oni nienawidzili Bellatrix całym sercem.
Zagryzłam wargi- rozumiem, że Lestrange pozbawiona była jakichkolwiek norm moralnych… ale to co widziałam było koronnym dowodem na to, że nie zasługuje ona na miano człowieka.
Niewybaczalne w członków swojej rodziny! W pozbawionych różdżki członków swojej rodziny…
Naraz po raz kolejny stanęła mi przed oczyma twarz Harrego wyrażająca pustkę po śmierci Syriusza… Twarz Nevilla, podczas odwiedzin w szpitalu u swoich rodziców…
I wtedy podjęłam decyzję.
Jakkolwiek by to upiornie brzmiało- nie potrafiłam jej żałować.
Obróciłam się na pięcie wciąż trzymając Dracona u góry, podeszłam do Bellatrix, podniosłam nóż, który upuściła i jednym sprawnym ruchem podcięłam Śmierciożerczyni gardło.
Narcyza wrzasnęła, a ja patrzyłam jak z Bellatrix uchodzi życie. Starałam się nie myśleć o tym, że właśnie kogoś zabiłam.
Zasługiwała na to. Byłam pewna, że potem przyjdą wielkie wyrzuty sumienia-
Teraz jednak o tym nie myślałam.
Spojrzałam na Malfoyów stanowczo, a potem opuściłam rękę tak, że Draco wyjęty spod mojej mocy znalazł się w objęciach swojej mamy.
I w tym momencie do pomieszczenia wpadli Harry i Ron.
Wpadli i….  No właśnie- wyrazu twarzy moich przyjaciół w tej krótkiej chwili nie mogłyby opisać żadne słowa.
I wtedy na dobre emocje opadły- postawiłam na ziemię wazony i kawałki szkła, które wciąż unosiły się, na rozkaz mojej nieskoordynowanej mocy, i rozejrzałam się dookoła.
Salon przedstawiał się rodem jak z wiadomości, mówiących o trzęsieniu ziemi czy innym kataklizmie.
Pobrudzone ściany, pył, gruz, szczątki szkła i obrazów, dogasające gdzieniegdzie płomienie ognia, podarte zasłony, połamane meble. W kącie leżała martwa Bellatrix, po przeciwnej stronie kulili się ze strachu trzej Malfoyowie. Na środku zaś stałam ja- wzburzona, dumna, pewna siebie.
Rzuciłam przyjaciołom spojrzenie mówiące o tym, że wyjaśnię im całą sprawę później,
- Wow… Jak następnym razem będziesz u mnie, to nie będę już z tobą się kłócić- wyjąkał Ron. – Sądziłem że kto jak kto, ale TY jesteś na tyle dobrze wychowana, by nie rujnować gospodarzom domu, jak jesteś w gościach- wyszczerzył zęby. – Podoba mi się! Zwłaszcza… - spojrzał na Malfoyów.
- Trzeba im wymazać pamięć- oświadczyłam. – Ale najpierw…
Mimo że nieobecność Bellatrix niewątpliwie będzie mogło zaalarmować Malfoyów po zmodyfkowaniu pamięci, to jednak powinno się ograniczyć zostawione ślady do minimum- więc machnięciami różdżki zaczęłam przywracać salon do porządku.
Nikt nic nie mówił, nikt nie śmiał mi przeszkadzać.
Dopiero gdy podeszłam do Bellatrix i przywołanym ogniem z kominka spaliłam jej ciało, przyspieszając cały proces różdżką, słyszałam pełen lęku jęk Narcyzy.
Oczy pani Malfoy nie wyrażały jednak rozpaczy, a przedziwną ulgę. Cóż- jeżeli to, co widziałam w jej wspomnieniach powtarzało się często- a jest to wielce prawdopodobne- nic dziwnego, że jej nie żałowała.
            Najbardziej zabolał mnie jednak przerażony wzrok Harrego i Rona.
- Ty…ty…
Nie, nie mogłam się denerwować, ani okazywać żadnych uczuć, bo na nowo by się zaczęło. Teraz potrzeba było zaledwie maleńkiej iskry, aby wszystko wybuchło- a wtedy na pewno nie udałoby się  zatuszować mojego występu.
Przeniosłam wzrok z przyjaciół na trójkę Malfoyów i wzięłam głęboki oddech.
- Może i jestem potworem, ale nie aż takim jak wy- zaczęłam lodowato- Nie torturuję niewinnych ludzi za nic.  I nie zamierzam was zabijać.
To mówiąc zbliżyłam się do ich i wycelowałam w całą trójkę różdżką. Narcyza mocniej złapała za rękę Draco.
Czułam się jak upiorna królowa z bajek dla dzieci- teraz to ja miałam władzę. Nie podobało mi się to. Wolałam być zwykłą, szarą Hermioną Granger. Ale wiedziałam, że odkąd ujawniły się moje niespotykane nawet wśród czarodziejów umiejętności- wiedziałam, że prędzej czy później musiało do tego dojść.
- Muszę wam zmodyfikować pamięć. Nic więcej- szepnęłam, jakby na swoje usprawiedliwienie.
I jestem przekonana, że nim wypowiedziałam Obliviate, usłszałam coś.
- Dziękuję, Hermiono- wyszeptał Draco jakby wdzięczny za to, że uwolniłam go od upiornej ciotki.
Było mi głupio- nie zachowywałam się szczególnie milutko w stosunku do jego rodziny. Ale musiałam.
Pozwoliłam sobie na uśmiech.
- Mam nadzieję, że jeżeli to przeżyjemy, to nie staniemy się jeszcze gorszymi istotami, nim już jesteśmy- wyszeptałam- na tyle głośno, by Ślizgon usłyszał.
A potem wyczarowałam srebrny płomień, który powoli ogarnął umysły rodziny arystokratów by pogrążyć w swych odmętach ich wspomnienia- z tym warunkiem, żeby dano nam jeszcze chwilę na powrót.
A następnie skinęłam na Harrego i Rona i poprowadziłam ich do kominka, by za pomocą sieci Fiuu wydostać się z Malfoy Mannor.

sobota, 23 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ 26



KOCHANE!

Przychodzę z nowym rozdziałem.
Przedtem jednak chciałam bardzo serdecznie podziękować za komentarze pod ostatnimi Nieuchwytnymi :) Szczególnie Tobie, Myszatkowa.
Więc:
Po pierwsze- przepraszam wszystkich za błędy, których było od groma.
Rzeczywiście- zawaliłam z tym na całej lini, nawet nie usprawiedliwiam się tym, że znowu rozdział dodawany był z komórki.

Po drugie- parę słów odnośnie fabuły.

W Nieuchwytnych, jak już pisałam- nie była ważna. Równie dobrze mogłam na początku pierwszej części napisać, że Hermiona przeżyje i wszystko będzie słodko. Nie zrobiłam, tego, bo przecież się domyśliłyście.
Ale nie zawsze chodzi o fabułę.

Czemu nie uśmierciłam Hermiony?
Bo ponieważ miniatutki były sztampowe i oklepane do bólu- chciałam oszczędzić chociaż tego.
W 99,999% książek i filmów w których bohater  choruje- pod koniec umiera. Sama teraz mogłabym podać dziesiątki tytułów. Nie chciałam więc, by tu było tak samo. Mimo że NIEUCHWYTNE były sztampowe do bólu- więc chociaż tu chciałam coś zmienić.
Pozatym... Widzicie, nie zawsze to tak wygląda.
Jak już pisałam- w NIEUCHWYTNYCH sporo było zaczerpniętych informacji z życia, gdzie to wszystko jest cholernie trudne- trudniejsze niż wystukanie miniaturkii wrzucenie przymiotnika „nieuchwytny” w co drugie zdanie- i spodziewanie się ochów i achów nad tą irracjonalą, pustą opowiastką.
Nie zawsze jest tak, że chory zmienia świat i serduszka wszystkich i potem w swej niewinności i ku rozpaczy innych odchodzi z tego świata.
Czasem jest okrótniej, czasem łaskawiej.
Po prostu jak się dorasta w określonym środowisku i tekst lekarza do mamy niedowidzącego pięciolatka z porażeniem mózgowym "dla tego dziecka szkoda okularów"  (stąd postawa magomedyka) przestaje szokować- niestety, pewne rzeczy wyglądają inaczej. Tak więc nie chciałam robić z tego łzawej opowiastki zakończonej pogrzebem i pogodzeniem się Draco z odejściem Hermiony. Takich rzeczy jest za dużo. Znam tylko jedną książkę spośród dziesiątek   która łamie ten schemat- i to tylko książkę (ekranizacja jest zbrodnią przeciw ludzkości- umiera tam kto inny niż w powieści, oczywiście osoba chora- i w rezultacie film jest identyczny jak wszystkie inne).
Drugi powód?
Wyobrażacie sobie w tej miniaturce rodzinę Malfoyów, jakby Hermi odeszła? Bo ja nie. Uważam, że to by zabiło ich wszystkich, mimo że nie traktowali jej jak córki.

Żałuję też,  że wstawiłam część tak szybko- po tym przyszły pomysły na inne sceny. Takie właśnie w klimacie- nie ma w nich akcji, tylko opisy.
A czemu ostatnio była głównie miniaturka? Ano dlatego, że doszły mnie słuchy, że wiele z Was preferuje ją nad opowiadaniem:D
Tak więc chyba nie da się sprawić, aby wszyscy byli w 100% zadowoleni.
Tak samo jak z fragmentem rozmowy z samym sobą Dracona sprzed dwóch rozdziałów... Mimo że według niektórych z Was nie był zbyt udany, w tekstach, które pisałam takie dywagacje cieszyły się pozytywnym odbiorem czytelnika...
Wiecie co? Takie sytuacje uczą nas jednej, bardzo ważnej rzeczy- każdy ma inny gust, inne oczekiwania i preferencje. Jego prawo. Ale powiem Wam, że bardzo, bardzo fajnie, że tak jest! Każda jest wyjątkowa! I najważniejsze jest to, czego TY pragniesz! Zabrzmiało trochę wzniośle- „Każdy inny, wszyscy równi” i tego typu slogany, ale czasami fajnie rzucić lekko żałosnym, acz nie pozbawionym prawdy, utartym schematemJ

No ale cóż,  i tak sądząc po Waszych komentarzach- i tak się podobało,  z czego bardzo się cieszę!
Ufff, to tyle. Teraz zapraszam na rozdział :) Krótki- miał być dłuższy, ale wyjeżdżam. Więc cdn!

ROZDZIAŁ 26

Hermiona rzeczywiście udała się od rau na kolację, myśląc intensywnie o tym, co właśnie się stało.
- Hermiono!
- O! Cześć... – zrobiła miejsce obok siebie przy stole
- Szłaś południowymi schodami?
- Tak- Ginny była wyraźnie zdziwiona. – A dlaczego miałabym nie iść? To najkrótsza droga...
- Ale przecież Filch mył podłogę i... – zaczęła żwawo dziewczyna, jednak widząc zdziwienie na twarzy koleżanki , zapał jej ostygł. – Mokro... Schody wschodnie...Obejście.... – tłumaczyła jeszcze niemrawo, po czym westchnęła cicho. – Ech, nieważne...
Ginny nadal patrzyła na nią z dziwną miną.
- O co chodzi? – drążyła.
- Po prostu...- miotała się Hermiona- ktoś mi mówił, że... żebym ...
- Och, pewnie specjalnie Draco Malfoy powiedział ci taką opowiastkę. Chciał, byś zachwyciła się pięknem golców, gdy będziesz szła schodami południowymi. Żyją tylko w ścianie przy obrazie Nictusa Drugiego... Malfoyowie należą do nielicznych, którzy je dostrzegają! Dracon pewnie chciał cię wtajemniczyć- odezwał się senny głos Luny, która wyrosła przy nich ni z tąd ni z owąd i beztrosko siadła przy stole Gryfonów.
Wlepiła swoje marzycielskie spojrzenie w zaskoczony wzrok Hermiony i Ginny, a następnie uśmiechnęła się do nich.
- Nie wiedziałyście? Przecież zarówno Narcyza jak i Draco noszą na sobie pełno złota i srebra... To dlatego, by golce rozpoznały to, że je widzą!
                Cóż- Luna  niewątpliwie miała rację- Malfoyowi rzeczywiście nosili na sobie sporo złota i srebra- lecz Hermiona posunęłaby się do stwierdzenia, że to nie przez wzgląd na golce, ale poprostu dlatego, iż byli zarozumiałymi snobami, pragnąc w widoczny sposób zaznaczyć swój wysoki status społeczny i niezliczoną liczbę zer na koncie w Banku Gringotta. I prawdę mówiąc- to jej opinię podzielała większość uczniów. Wolała jednak nie wyprowadzać Luny z błędu. Zamiast tego zaciekawił ją inny szczegół.
- Skąd wiesz... – zaczęła, ale Krukonk tylko uśmiechnęła się tajemniczo.
- Och, moja droga Hermiono... Przecież to widać! I w dodatku...
Nie dowiedziała się jednak, po czym jeszcze Luna zorientowała się jaka była prawda, bo w tym momencie Ginny wydała z siebie głuchy odgłos.
- Hermiona? Ty z MALFOYEM?! Przecież... Przecież to podły, zadufany w sobie arystokrata na wyłącznej służbie ciemności i mroku. Rodzinka Samo Zło! Serio! Zło i Mrok raz proszę... I trzask!- Są Malfoyowie! To... – urwała, najwyraźniej nie wiedząc, co jeszcze ma dodać, aby bardziej podkreślić absurdalność zbrodniczej rozmowy Hermiony z pomiotem szatańskim.
- Och, no tak... Coś tam było powiązane z Malfoyami i Voldemortem jako najlepszymi kumplami- zachichotała Hermiona. Uznała, że nie ma co wypierać się swojej rozmowy ze Ślizgonem. – Ale po prostu gadaliśmy. I...
- I  stwierdził, że jak jesteś popularna to ewentualnie można z tobą porozmawiać, mimo że gardzi twoim pochodzeniem? – wyrwało się Ginny.
Przez jedną, krótką nanosekundę zapadło milczenie. Od czasu kłótni rzadko kiedy poruszali drażliwą kwestię osoby Hermiony. Jednakże nie sposób było nie przyznać Ginny racji. Rzeczywiście- tak to wyglądało.
Hermiona poczuła ukłucie- za wszelką cenę chciała, by przyjaciółka się myliła, alewiedziała, że to niemożliwe.
Już chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie zjawiła się Violetka, a wraz z nim Harry i Ron.
- Umieram z głodu! – jęknął Ronald, jeszcze przed tym, jak spoczęciem na miejsce nakładając sobie smażoną wołowinę.
Widziała, jak Ginny przewróciła oczami i mrugnęła do Harrego w milczącym porozumieniu godząc się z obżarstwem brata, następnie dostrzegła, że Violetka kwituje je serdecznym śmiechem i z uwagą przyjmuje przypuszczeni Luny, jakoy honuroki rzuciły na Ronalda urok dertoskowy za czasów maleńkości i to wydarzeniespowodowało wieczne uczucie głodu.
I pomyślała, że jakikolwiek cel przyświecał Malfoyowi- ona nie zamierza się tym przejmować.
Dopóki miała przyjaciół... Szczerych i oddanych...
Wiedziała jednak, że myśląc tak oszukuje sama siebie- a każdy cień podejrzeń kierowanych przeciwko Violetce stanowił malutkie ukłucie, które nie pozwalało jej czerpać pełnię radości z tego czasu, dzielonego ze znajomymi- jak to było do tej pory. Zapragnęła nagle bardzo, bardzo zapomnieć o podejrzeniach. Jeszcze bardziej znienawidziła Narcyzę za to, że na jej lekcjach poznali mutatipsumy- chociaż przecież niewiedza niczego by nie zmieniła, a nawet- jeszczr bardziej pogorszyłaby sprawę.
Z drugiej strony- mgliste domysły nie przesądzały jednoznacznie sprawy. Hermiona za wszelką cenę pragnęła się mylić. Ale...
Z drugiej strony- jakie miała dowody, negujące naturę Violet?
Nic, nic, czym mogłaby jednoznacznie  podważyć szczerość koleżanki. Tak więc czym się przejmowała?
Rozsądne argumenty nie przemawiały jednak do niej- mimo że naprawdę, naprawdę pragnęła się przekonać.
I wtedy po raz pierwszy pomyślała, że mogłaby zasięgnąć opini kogoś innego.
Kogoś kto  jej nie wyśmieje i zrozumie jej obawy. Z drugiej strony jednak dobrze by było, gdyby osoba ta była w miarę neutralna- tak, by jej opinia nie była wykreowana przez podświadomą sympatię tudzież antypatię.
Pytanie tylko- czy znała kogoś takiego....

*************

- Panno Granger? Cóż pani wyprawia o tak późnej porze? – zagadnęła ni stąd ni z owąd profesor Ingrid Couvert.
Hermiona drgnęła wyrwana z amoku. Nauczycielka w czerwonej, nocnej szacie stała przy wejściu do Pokoju Wspólnego i z założonymi rękoma patrzyła na uczenicę.
- Och, pani profesor! – Hermiona widocznie zarumieniła się. – Jakoś nie mogłam spać i...
- Och, doprawdy? Przecież z tego co mi wiadomo pogodziła się już z panem Potterem i panem Wesleyem, a także jego siostrą. Do tego panienka Souley... również wydaje się być z tobą mocno zakolegowana...
- Och, tak! -  odparła szybko Hermiona, starając się ukryć dziwne ukłucie na wspomnienie Violetki. – Po prostu.... Myślę o tym, co... co się działo na szlabanie- wymyśiła szybko, samej sobie wyrzucając, jak głupie wytłumaczenie znalazła.
Ku jej zdumieniu, Ingrid uśmiechnęła się wyrozumiale.
- Ach, szlaban z profesor Narcyzą Malfoy... Swoją drogą- zasłużony.
- Tak, pani profesor. Zasłużony- przyznała.
Oczywiście, nie mogła poskarżyć się na czym polegała kara. Ingrid w swojej dobroci i poczuciu sprawiedliwości na pewno zareagowałaby na jej przebieg. A Hermiona nigdy nie zniosłaby tego, by pani Malfoy odczuła to, że poczuła się na tyle urażona, by poskarżyć się innemu nauczycielowi. Dałaby tym wyraz swojej frustracji, a przez to Narcyzie poczucie zwycięstwa.
- No cóż, rozmawiałyśmy już o tym. Powinaś się pilnować- podsumowała Couvert.
- Wiem, pani profesor. Szlaban się już skończył, a ja postaram się nie zdobyć nowego- trochę zapóźno zorientowała się, że być może jest zbyt zuchwała w rozmowie z nauczycielką.
Ingrid jednak tylko się zaśmiała i skinęła głową.
- Och, bardzo mnie to cieszy, panno Granger. Profesor Malfoy skarżyła się na twoją bezczelność już nie raz. Wielce rada bym była, gdybyś wreszcie nie dawała jej powodów do bycia niezadowoloną.
Hermiona nerwowo przytaknęła, czując rosnącą złość. No tak, Narcyza teraz mogła o wiele więcej. Ona musiała się podporządkować. Strach jednak pomyśleć, co pani Malfoy by jej zrobiła słysząc dzisiejszą rozmowę z Draco!
Z pewnością był to kolejny powód, który Hermiona dałaby  jej do bycia niezadowoloną. Poprawa relacji z ukochanym synkiem- nawet gdy owo polepszenie- czego Hermiona była pewna- było tylko chwilowe. Nazajutrz z pewnością ponownie nasłucha się ze strony Draco jaką to jest szlamą, idiotką i nikomu niepotrzebną, małą ignorantką. Że nie powinna się urodzić, chociaż przecież on nigdy nie powiedział tego, że życzy jej śmierci.
Westchnęła. Ślizgon zachowywał się czasem bardzo, bardzo dziwnie.
- Postaram się, pani profesor- powiedziała w końcu, zdając sobie na powrót sprawę z obecności nauczycielki.
- Cieszy mnie fakt nauki, którą wyciągnęłaś z poprzedniego szlabanu, tego który jeszcze odbywałaś razem z panem Draconem- odezwała się. – Jak również informacji, których udzielałaś na temat świat mugolskiego. Z pewnością są one... zaskakujące. No, ale nie powinnam zdradzać ci zbyt wiele z naszych rozmów z Narcyzą. Powiem więc, że mimo iż profesor Malfoy narzekała na wasze zainteresowanie wszystkim, tylko nie sprzątaniem klasy brony przed czarną magią... Lecz cóż- w efekcike końcowym  była nawet ukontentowana. Cóż... To by było na tyle. Idź spać, panno Granger. Dobranoc!
Hermiona pożegnała się grzecznie i po chwili na powrót została sama. Szczerze powiedziawszy- cała sytuacja ją zdziwiła.  Nie zdarzało się często, by nauczyciel prowadził z uczniem TAKĄ rozmowę. No, chyba że mowa była o Harrym i Dumbledorze, albo Lupinie. Ale to zupełnie inna kwestia. Chociaż z drugiej strony...
Profesor Couvert miała wsobie coś niezwykłego, co sprawiało, że z całej jej osoby bił niesamowity... Ciężko było nawet to określić.
Wzbudzała szacunek i sympatię. Rozumiała, nie wywyższała się- mimo że była profesorem- traktowała uczniów... po partnersku. A przy tym była surowa i wymagająca.
Strata profesor Mcgonagall była niewątpliwie niefortunnym wydarzeniem – wszak spełniała ona rolę nauczycielki transmutacji i opiekunki Gryffindoru od lat. Jednak gdy tak być musiało...Ingrid Couvert stanowiła idealną następczynię.

środa, 13 sierpnia 2014

NIEUCHWYTNE 2




Cześć!
Druga część nieuchwytnej wariacji przed Wami. Proszę bardzo, Kochana.
Dostałam dokładne instrukcje- mam nadzieję, że efekt Cię zadowoli, bo dla mnie osobiście trochę brakuje.
Przy tym chciałam Kochane powiedzieć, że publikacja tego stała się problematyczna (Ty, Moja Droga burę już dostałaś:P ),  bo znalazłam starą miniaturkę, którą chciałam Wam opublikować przy jakiejś specjalnej okazji. Mimo że owa miniaturka jest inna, w nieco innej konwencji i ma nieco inny sens, również tematem jest nieuleczalna choroba Miony. Co wprawia mnie w konfuzję, gdyż z jednej strony głupio wstawiać dwie rzeczy dotyczące podobnych tematów, no a z drugiej osobiście uważam, że tamta jest  warta uwagi. No ale nicJ
Na razie przed nami rozdziały i dokończenie naszych wariacji miniaturkowych, które przypomnę, nie zawierają w sobie NIEUCHWYTNEGO - za to NIEUCHWYTNE zawiera je (pierwsze skojarzenie- każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem:P).
Taki misz masz mały, ale przecież Wy jesteście mądre i wspaniałe, więc zrozumiecie!
Tak więc proszę.
Tak, wiem, że niezbyt udane, ale tak jak pisałam- powstawało wedle ściśle określonych wytycznych.
A co!
Wasza
Mildredred

NIEUCHWYTNE 2

- Zrobiliśmy badania, które potwierdziły tylko nasze przewidywania- oznajmił magomedyk, siadając za biurkiem i zdejmując okulary.
                Narcyza poczuła się słabo, a potem odnotowała, że Lucjusz zamknął swoją dłoń na jej dłoni. Nie odważyła się jednak na niego spojrzeć.
W sumie powinna być na to przygotowana- informacja o stanie Hermiony nie była dla niej nowością. Ale każda rozmowa z lekarzem stanowiła iskrę nieuchwytnej nadziei, każdy wieczór zapalał ten drobny promyczek, że może to tak naprawdę tylko koszmarny sen, że rano wszystko będzie jak dawniej- przebudzi ją Lucjusz, wstający do pracy, potem wstanie ona, ujrzy Hermionę, rozmawiającą z Draconem, która ukłoni jej się, zaparzy kawę i pośle ten jej cudowny uśmiech, przepełniony szacunkiem i podziwem. Potem pozwoli na to, by dzisiaj mała miała wolne i z uśmiechem będzie śledzić tą piękną Magię pomiędzy jej synem, a Gryfonką.
Tymczasem słowa medyków czy realia poranków były bezlitosne. Od dwóch tygodni tkwili w nieuchwytnym koszmarze, a ich całym światem był chłodny korytarz w Świętym Mungu i sala, do której Draco prawieże siłą przecież wprowadził ją po raz pierwszy.
Nie miała odwagi spojrzeć na Hermionę, gdy wiedziała już to, co najgorsze- do czasu, gdy Draco- mały Draco, który przecież tak samo był jeszcze dzieckiem, nie powiedział jej tego, o czym wolała nie myśleć. Uświadomił jej fakty, a ona poczuła wstyd, gdy uświadomiła sobie, że przedkładała je nad dobro Hermiony.
Więc poszła.
To była jedna z najtrudniejszych chwil w jej życiu. Spojrzeć w oczy... SWOJEMU dziecku, które jest umierające. Udawać, że się nic nie dzieje. Być silną, bo tak trzeba, bo jest się tą dorosłą... Bezradnie patrząc, jak traci się jedną z najcenniejszych rzeczy... istot w swoim życiu.
Nie wytrzymała w momencie, gdy Hermiona poczuła się zawstydzona. Zawstydzona pomocą, którą Narcyza jej udzielała. Uderzył ją fakt, że wciąż myśli o sobie jako o tej „gorszej”. A przecież... A przecież zarówno ona, jak i Lucjusz zrobiliby wszystko... Wszystko, by ją uratować.
Oczywiście, nie miała odwagi wyprowadzić jej z błędu. Pamiętne „nie jesteś już naszą służącą. Ani niewolnicą. Ty jesteś naszą miłością” zostało niewypowiedziane. Zamiast tego rzuciła kilka krzepiących, nieuchwytnych słów i uciekła.
Każdy ma swoje granice wytrzymałości, a to, w czym pani Malfoy tkwiła znacznie przekraczało te jej.
- Obawiam się, że nic nie możemy już dla niej zrobić- oznajmił uzdrowiciel. – Przynajmniej w naszym ośrodku. Co do innych- nie jestem w stanie Państwu powiedzieć... Z resztą jeśli już, byłoby to dość ryzykowne i na pewno bardzo kosztowne. Niepotrzebny zachód zarówno dla Państwa, jak i innych lekarzy... Nic pewnego, powiedziałbym- prawie nierealnego. Cóż, drodzy Państwo Malfoy- złożył ze sobą palce obu rąk i spojrzał krzepiąco na zasoczonych Narcyzę i Lucjusza. – Niech się Państwo tak bardzo tym nie przejmują... Jestem pewien, że znajdą równie sumienną i pracowitą służącą, bo doprawdy, każda przecież marzy o tym, by pracować w Państwa domu. Naprawdę, proszę spojrzeć na to z innej strony... Są przypadki, kiedy taka choroba uderza w członka rodziny.
- Jakim prawem?! – nie wytrzymała wzburzona Narcyza.
Jej oczy patrzyły przenikliwie na zaskoczonego magomedyka- kryły sobie niedowierzanie zmieszane z niemą wściekłością i odrazą. Dawno już nie odczuwała takiej wściekłości.
– Jakim prawem... Jakim prawem selekcjonuje pan w ten sposób swoich pacjentów?!! To jeszcze dziecko, a pan traktuje ją jak... jak jakąś gorszą kategorię! Jakim prawem zwraca pan uwagę na stan społeczny?! – wyrwała się Lucjuszowi i podniosła zamaszyście z krzesła, przewracjąc je na ziemię. Nie zwróciła na to uwagi. Teraz już krzyczała i gdyby nie zaklęcie wyciszające, rzucone na gabinet, słychać by ją było w całym szpitalu. - Hermiona nie jest żadną niewolnicą, a nawet gdyby była, to nie jest sprawa uzdrowiciela! Czy pan w ogóle jest człowiekiem?! Skoro naprawdę widać nie możecie jej pomóc, zabieramy ją. Zdrowsze dla niej będzie towarzystwo RODZINY w miejscu, które nazywa swoim domem!!
Magomedyk był w szoku. Podobnie jak Lucjusz, ale jego zaskoczeie trwało tylko chwilę. Również się podniósł, stając obok żony. Obdarzył lekarza najbardziej pogardliwym spojrzeniem, na jakie kiedykolwiek się zdobył i wysyczał przenikliwie:
- Radziłbym się pakować z twojego pięknego gabinetu. Zdaje mi się, że już nigdy nie będziesz miał okazji „leczyć” żanego pacjenta...
Po czym objął Narcyzę w pasie i skierował się do wyjścia, machnięciem różdżki zrzucając na ziemię dyplom ukończenia magomedycyny. – Nie zasługujesz na to- rzucił na odchodne.
A Narcyza odwróciła się jeszcze i oznajmiła cicho:
- Zadziwiające, jak smutne musi być twoje życie, że nie pojmujesz tak prostej rzeczy. Naprawdę, tylko ci współczuć, że nigdy nie poczułeś tego, jak wspaniale jest móc prawdziwie kochać swoich bliskich.
I wyszli, zostawiając „uzdrowiciela” w zupełnym zaskoczeniu.

****

- Tylko nie waż się sprzątać! – mruknął Lucjusz.
Właśnie wrócili z Hermioną ze szpitala- od pamiętnej rozmowy z uzdrowicielem nie minęła nawet godzina.
Radość Gryfonki z ujrzenia Lucjusza u siebie w sali i ponownej wizyty Narcyzy przyćmiła zaskoczenie z powodu tak nagłej informacji o konieczności natychmiastowego opuszczenia szpitala. Również dla Dracona, spędzającego jak zwykle z nią całe popołudnie, tak szybka decyzja była szokiem.
Hermiona została więc przyprowadzona z powrotem do Malfoy Manor tak, jak powiedziała to jej Narcyza podczas pierwszej wizyty. I również tak jak powiedziała- było to niedługo od tamtej chwili.
Teraz więc pani Malfoy również mając w  pamięci to, co wówczas obiecała swojej podopiecznej patrzyła to na nią to na Lucjusza z nieodgadnioną miną.W końcu westchnęła tetralnie. Puściła rękę Hermiony, za którą prowadziła Gryfonkę przez całą drogę powrotną ze szpitala i podeszła do swojego męża.
- Ech, w porządku, mała Hermiono... Możesz EWENTUALNIE nakryć do stołu- łaskawie zgodziła się.
- Dla czterech osób!- wtrącił Draco, wiedząc, że znając Hermionę to nie jest takie pewne.
Lucjusz już miał kategorycznie zaprzeczyć i powiedzieć, co o tym wszystkim myśli, ale w porę powstrzymał się.
- No dobrze- skapitulował, po czym wycelował w nią palcem. –Ale nie waż się zmywać!
- Właśnie! – podchwyciła  Narcyza. – Udzieliliśmy ci pozwolenia na przygotowanie do posiłku. Na więcej nie licz. Masz się słuchać!
Draco pokiwał z politowaniem głową.
- No i nie masz wyboru, Mioniu- szepnął, ujmując ją za rękę. – Znasz ich bardzo dobrze, zdania nie zmienią. Dostosuj się...
- Och... Dobrze...Dobrze, proszę Państwa.... – uległa Hermiona, rumieniąc się ze wstydu, po czym skłoniła się posłusznie przed Narcyzą i Lucjuszem.
Pani Malfoy zaś w odpowiedzi na ten gest założyła ręce na piersi i zrezygnowana pokręciła z politowaniem głową.

****

- Prawda jest taka, że są bardziej dojrzali od na obu- wyszeptała Narcyza, wtulając głowę w ramię Lucjusza.
Poczuł niespodziewane ciepło w okolicy serca i zaczął gładzić lśniące blond loki. Udało mu się wyswobodzić kilka z idealnego ułożenia, co zaburzyło perfekcyjną ich harmonię. Chwila nieuchwytnego wytchnienia od codziennych koszmarów.
- Nie, Narcyzo... – odezwał się- sam niewiedział czemu. Może dlatego, że mimo iż nieuchwytny lęk ściskał jego serce, pragnął być z ukochaną szczery. Jak zawsze. To pozostawało niezmienne. – Są bardziej beztroscy i potrafią cieszyć się sobą, nawet kiedy nasze serca przepełnia strach. Ale nie są dojrzalsi. Tak jak mówiłaś, to tylko dzieci. Jednak mają tą nieuchwytną umiejętność do czerpania szczęścia tam, gdzie jest miejsce na ból i łzy. Ty też ją masz, najdroższa— dotknął wargami jej zimnych, zapłakanych ust. – Tylko teraz spotkało nas za dużo cierpienia...
Narcyza biernie pozwalała na wszystko, co robił jej mąż, mając tą cudowną, nieuchwytną świadomość, że wreszcie nie musi maskować rozpaczy. Jednocześnie, chciała być silna. Przecież to wszystko nie mogło się tak skończyć!
- Nie pozwolę! Musi być...
- Narcyzo..
- Zrobię wszystko, wszystko...
- Narcyzo...
- Nie uciszaj mnie! – krzyknęła nagle- tak, że aż sam Lucjusz wzdrygnął się mimowolnie. W oczach Narcyzy kryła się wściekłość i determinacja, jakiej Lucjusz dawno u niej nie widział. Od czasu choroby Hermiony często płakała, jeszcze częściej nie w ogóle nic nie mówiła, żyjąc zdaje się w swoim świecie. Było to dla niego niezwykle bolesne- z dnia na dzień czuł, że traci dwie najważniejsze kobiety w jego życiu. Teraz jednak w postawie żony było coś budzącego lęk – choć w nieco inym sensie niż na ogół. Doprawdy nikt przy zdrowych zmysłach nie wchodziłby w tym momencie pani Malfoy w drogę. Z oczu ciskała gromy, zmarszczki idealnie rzeźbiły jesj idealną twarz, czyniąć ją paradoksalnie jeszcze bardziej idealną. Z całej jej postawy płynęła niespotykana, miażdżąca siła. Perfekcyjnie, nienaturalnie wręcz piękna i upiorna zarazem arystokratka.   Bez wątpienia, nie wachałaby się ani chwili przed jakąkolwiek działalnością, by dopiąć celu. Rzeczywiście- w słowach, jakie wypowiadała kryło się sto procent prawdy - MUSI BYĆ jakaś metoda leczenia! I przysięgam, że choćbym miała zaprzedać duszę diabłu, uratuję ją! – wyszeptała.
Nieuchwytny chłód i moc tych słów zawirowały w powietrzu i poniosły się hen, daleko, muskając blade policzki śpiącej w pokojuobok Hermiony i wylatując przez uchylone okno, by unieść się i zanieść to desperackie zapewnienie pani- władczyni magicznego świata wysoko aż do bezlitosych gwiazd, które obojętnie trwają na sklepieniu od miliardów lat, wysłuchując setek tysięcy podobnych błagań, zaklinań, gróźb i ultimatów.  I tylko dla niektórych z tych marzeń robią wyjątek i godzą się przemienić nieuchwytne, zapisane nam bezlitośnie koleje losu.

**********

Jednym z najpodlejszych rzeczy, jakie człowiek może doświadczyć, jest patrzenie na cierpienie osób bliskich i świadomość, że nie można nic samemu zrobić, by im pomóc. Nawet nie chodzi o fakt, że to, co kiedyś ktoś wykonywał bez problemu stało się nieosiągalnym sukcesem. Najgorsze ze wszystkiego jest to nieuchwytne uczucie bezsilności.
Podobna sytuacja spotkała rodzinę Malfoyów. Hermiona słabła z dnia na dzień, Draco spędzał przy niej każdą sekundę, a Lucjusz znikał na całe dnie, poszukując sposobów ratunku.
- Tak bardzo, bardzo jestem z ciebie dumna- wyszeptała pewnego dnia Narcyza, gdy podawała jej eliksir.
Eliksir, który tak naprawdę nie mógł w żaden sposób pomóc. Istniała tylko nadzieja, że może opóźnić- i to przesądziło sprawę.
Cierpienie, które wiązało się z przyjmowaniem eliksiru stało się współmierne z cierpieniem Narcyzy, kiedy musiała patrzeć na łzy bólu, spływające po twarzy Hermiony.
- Nie smuć się, pani. Proszę- wyszeptała w odpowiedzi dziewczyna.
Arystokratka kiwnęła głową. Tak się jakoś stało, że nie zdołała powstrzymać nieuchwytnych słów, które wyszły jej z ust.
- Nie potrafię, moja droga.
Poczuła w dłoniach małe ręce Gryfonki.
- Nigdy nic nie wiadomo- oznajmiła słabo.
A Narcyza po raz kolejny przypomniała sobie syna:
"Ona potrzebuje mamy.."
Spojrzała na jeszcze raz na tę swoją małą, kochaną dziewczynkę i pozwoliła, by oczy zaszły jej łzami. Odgarnęła jej z twarzy kasztanowe kosmyki i bezgłośnie wypowiedziała to, co nieuchwytnie wciąż tkwiło w jej sercu, a czego jeszcze nigdy nieodważyła się wyznać jej na głos.
" Kocham Cię."
Już miała  nadzieję, że Hermiona nieodnotowała ów faktu. Byłoby lepiej. Jednakże...
- Też cię kocham, pani- dobiegł ją głos podopiecznej.
A potem Narcyza spędziła długie godziny, leżąc tuż obok Hermiony i głaszcząc jej włosy- zupełnie jak matka.  Starała się przełamywać swój nieuchwytny lęk, jednak w najgorszy przestach wpędzały ją wciąż dźwięczące w głowie słowa jej synka- „będziesz żałować”. Starał się nie skupiać na myślach o momentach w przyszłości, tym co będzie PO. W niejaką konfuzję wprawiał ją fakt, że Hermiona wciąż czuła do niej chorobliwy wręcz respekt i przestrach. Mogłoby się wydawać, że to ułatwi sprawę- nic bardziej mylnego. Niektórzy posunęliby się nawet do stwierdzenia, że cała sytuacja sprawę utrudnia. Ciężej było przytulić, ucałować, ściskać za rękę, kiedy choroba dawała o sobie znać. Niemniej takie działania były niezbędne- tak jak powiedział Draco. Hermiona niewątpliwie tego potrzebowała, a Narcyza szybko zdała sobie sprawę, że mimo iż fakt, iż Gryfonka jest obcą osobą i kontakty nigdy nie będą takie, jak do swojego dziecka- to tak naprawdę nie mogłaby czuć się bardziej zdołowana, gdyby mała była ich biologiczną córką.
Przecież inne nie znaczy gorsze. Skłonienie głowy nie oznacza braku potrzeby płaczu z bólu w ramionach kogoś dorosłego. Pełne szacunku tytuły nie są równoznaczne z brakiem miłości w spojrzeniu.
Draco również zauważył to i zaakceptował. Dwoje młodych ludzi wytworzyli między sobą specyficzną, nieuchwytną więź i żadne z nich niewyobrażało sobie, że kiedykolwiek może być inaczej. Potrzebowali siebie nawzajem. Miłość, jaką darzyli była niepodobna do uczuca, jakim darzą się piętnastolatkowie. Może przez doświadczenie, może przez okoliczności, może przez dojrzałość.
Nie była też podobna do żadnej miłości rodem z książek, czy mugolskich filmów.
Bo to był prawdziwy świat.
A jedyną nieuchwytną prawdą było to, że się kochali. Bo przecież w prawdziwym znaczeniu słowa „Miłość” zawiera się wszystko, co nieuchwytnie piękne.
I nie trzeba więcej używać żadnych zbędnych słów, bo to zbyteczne. Przecież słowa są zbyt zwyczajne, by opisać magię.

****

- Hermiona?
- Draco!
Ślizgon podszedł do dziewczyny i pocałował ją lekko w czoło.
- W porządku? Nic ci nie trzeba?
Obdarzyła go ślicznym uśmiechem.
- Nic, Draco...
- To dobrze- wsunął się do jej łóżka i począł gładzić po włosach.
- Tak bardzo, bardzo mi tu dobrze- wyszeptała, rozkoszując się tą delikatną pieszczotą.
Spojrzał na nią uważnie.
- To twój dom, Mioniu. Masz się tu czuć jak najlepiej!
- Państwo konsekwentnie kontrolują moje sprzątanie...
Draco zaśmiał się cicho.
- Oj Hermionko, Hermionko- zacmokał. – Pewnie jesteś niepocieszona, hmm? – zmierzwił jej włosy.
- Cóż, troszkę dziwnie się czuję- przyznała. – Ale w sumie wypadałoby się podporządkować.
- Znam ich trochę dłużej. Jak się na coś tak zawzięli, to żadna siła ich nie odwiedzie- stwierził Ślizgon.
Hermiona westchnęła i przymknęła oczy.
- Uwielbiam was- wyszeptała. Absolutnie uwielbiam was wszystkich!
Mocniej ją przytulił, czując jak nieuchwytna obręcz ściska jego serce.
- To się dobrze składa. Bo my uwielbiamy ciebie...
- Myślisz, że to wszystko jest możliwe? – zapytała nagle. – Wiesz, szczerze jestem szczęśliwa. Mam teraz wszystko i nie patrzę na przyszłość, bo jawi się w czarnych barwach. Ale z drugiej strony- będzie, co ma być. Więc staram się żyć chwilą- a teraz... Teraz czuję nieuchwytną radość.
- Jesteś wśród bliskich- odpowiedział po chwili namysłu. – Dla nas to również wielkie szczęście. Tak, jak kiedyś powiedziała moja mama- wszyscy bardzo się cieszymy, że tu jesteś. Ale... ale... – urwał. Nie mógł sprecyzować tego co czuje, nie mógł wyrazić tego nieuchwytnego lęku, który paradoksalnie współgrał z niewysłowionym szczęściem- niczym dwie, upiorne nici wiążące się ze sobą, tworzące razem najróżniejsze demoniczne struktury, zaróżowiające policzki i wyciskające z serca to wszystko, co nieuchwytnie niewysłowione.
- Draco, ja zawsze z wami będę. Nie opuszczę was na krok, nigdy. Obiecuję- dobiegł go jeszcze szept Hermiony.
W tych kilku słowach kryła się cała szczerość i siła jej serca.
A po chwili oboje pogrążyli się w miarowym, spokojnym śnie, pozwalając nieuchwytnym marzeniom malować wspólną, magiczną przyszłość.

*************

Lucjusz pojawił się w kominku i machnięciem różdżki zatrzasnął drzwi salonu.
Wyrwał przy tym z zamyślenia Narcyzę, która nieuchwytny lęk i rozpacz starała się zagłuszyć czytaną książką.
W jego spojrzeniu kryło się coś dziwnego.
Nie trzeba było wiele słów. W końcu byli dla siebie stworzeni. Byli jednością, a to znacznie ułatwiało sprawę.
Wystarczyło jedno, jedyne zdanie.
- Medycy z Brazylii powiedzieli, że jest szansa- wyszeptał w końcu.
A otem zrobiło się bardzo ciemno.
A nieuchwytna nadzieja muskała serca wyniosłych arystokratów przez całą bezsenną noc, spędzoną na dzieleniu się wzajemną bliskością.

*********

Hermiona siedziała na fotelu w wielkim ogrodzie Malfoyów, trzymając głowę na ramieniu Draco, dłoń ukrytą w jego dłoni na jego kolanie i swoje chore serce w sercu jego oraz jego rodziców, siedzących tuż obok.
Byli razem, we czwórkę i starali się chłonąć całymi postawami nadzwyczajną, nieuchwytną magię tej chwili- bez różdżek, bez zaklęć, bez magii.
Kiedy Lucjusz przyniósł Hermionę z jej pokoju na huśtawkę- do ogrodu, który tak uwielbiała, spodziewane łzy zastąpił szczery śmiech i nadzieja.
Wielki, nieuchwytny ból, który krył się u każdego został przyćmiony przez czyste szczęście z tej jednej, jedynej chwili- być może ostatniej.
Już jutro. Już jutro zaprowadzą Hermionę do Kliniki imienia Swirla Mancjusza, jedynego miejsca, gdzie istnieje cień szansy na uratowanie. Szansy, której magomedycy nie potrafią ocenić. Może.
Może, może, może.
Może się uda, może już nigdy więcej się nie obudzi.
Nie wróci z nimi do domu.
Nie będzie już tej chorobliwej obsesji na punkcie sprzątania, od którego musieli ją odganiać.
Nie będą musieli się już troszczyć o to, by chodziła spać o ludzkich porach i nie wspinała się na postawione na siebie cztery krzesła, by posprzątaćcgórne regały.
Nie będzie już tego uśmiechu, tych wielkich brązowych oczu, które przemieniły zarozumiałego, egocentrycznego  piętnastolatka w czułego, wyrozumiałego chłopaka, a zimnej i apodyktycznej Narcyzie przypomniały, że przecież tak naprawdę jest dobrym człowiekiem.
Może.
A może wszystko się powiedzie. Może będą mogli odprowadzić dwójkę swoich dzieci na peron w dniu pierwszego września.
Może los podaruje im dziesiątki wspólnych świąt, bali i podobnych wieczorów.
Może będą mogli jeszce nie raz wściekać się na Hermionę, że znowu przedkłada zamiecenie gabinetu nad swoje samopoczucie i dawać do zrozumienia, że naprawdę ona jest dla nich dużo, dużo ważniejsza niż czystość salonu.
Może będą mogli wysłuchiwać jeszcze nieraz tych pełnych szacunku i oddania słów Hermiony i dawać jej do zrozumienia, że naprawdę, nie musi się ich już bać.
Może Dracon będzie mógł mieć ją już na stałe, dzielić jej nieuchwytne smutki i radości, oddać się jej całkowicie.
Może los pozwoli na to, by jego świat stał się światem jej, i by wspólne istnienie nabrało niespotykanego sensu.
Może.

*********

Szybko, szybko, szybko.
Igła, wenflon, rurka. Wkłuj, przesuń. Dalej.
Hermiona poczuła szarpnięcie, a potem obce twarze, pochylone nad jej łóżkiem. Nieuchwytny lęk gdzieś wyparował- teraz był tylko spokój. Załpała swojego Draco za serce i czuła, że przepełnia ją wspaniały czar. Nie było już żadnych zmartwień. Mogła tańczyć ze swoim ukochanym, wirować wciąż w kółko i kółko, a przepiękna muzyka- kakofonia dźwięków i uczuć splatała się z ich myślami, tworząc przedziwne, powalające swą prostotą i niezwykłością zarazem kształtyy.
Nic się nie liczyło- ani czas, ani godzina.
Tylko ten taniec- bo trzeba być tu i teraz.
Obawa, strach, euforia, smutek- bezpowrotnie odeszły, zmiecione przez gwiazdy, wytwarzające się wysoko ponad ich zasięgiem widzeia. Gwiazdy, z których każda symbolizowała marzenia, nieuchwytne twory, będące ich własnością.
Wszystko stało się bardzoszybko, albo w nieskończoność. Niewielka różnica.
A potem pojawiły się wizje, a Hermiona niewiedziała już, co jest prawdą, a co złudzeniem. Wszystko było częścią jej, a przy tym ona także się w tym zawierała.
Niesprecyzowane majaki pęziły przed jej oczami, ale ona się nie bała. Miała swoje oparcie.

********

- Hermiona! – Draco przypadł do niej w mgnienu oka. – Był jeszcze bledszy niż zwykle, ale jego spojrzenie błyszczało.
Wpatrywał się w zmęczoną twarz niczym w zjawisko. Pochylił się, by ucałować ją w usta.
Cały stres, który kumulował się przez ostatnie tygodnie wyparował, a jednocześnie tak trudno było zdać sobie sprawę, że na nowo jest dobrze. Teraz wystarczą tyko godziny wypoczynku.
Zaraz pojawili się państwo Malfoy i już mogli wspólnie cieszyć się z odzyskanego szczęścia, które leżało już teraz w ich zasięgu.
Po tym koszmarze, łzach i nieuchwytnym bólu przyszedł czas na spokój, pocałunki składane na rękach uzdrowiciela, który przywrócił jej zdrowie, spokojne, miarowe tętno, śliczne uśmiechy podczas ożywczego snu.
Ale przede wszystkim Miłość, w każdym możliwym wydaniu- Miłość, która pokonywała najgorsze horrory.
I którą w tamtym momencie mogło poczuć i uchwycić każde z nich.